vesuvio_a

KONTAKT

Jeśli chcielibyście podzielić się wiadomością,
piszcie, proszę, na adres lukasz@isladelsol.pl

Odpiszę… o ile nie będę akurat w podróży.

mongolia_a

A jeśli coś pilnego, mój telefon 601 566 026.

Łukasz Wierzbicki

◊ ◊ ◊

O MNIE

w-nalewce krynica 1977

Sarnik Baltazar Jonasz

Z bębnem i ślimakiem (fot. Katarzyna Drejling) Łukasz i Jeremi (fot. Katarzyna Drejling)

swierszczyk

◊ ◊ ◊

WYSPA SKARBÓW (1999-2000)

„Wyspa Skarbów” była autorską audycją muzyczną prezentowaną na żywo w nieistniejącym już radio FAN w czwartkowe wieczory pomiędzy 22:05, a północą. Od października 1999 roku do października 2000 roku jako kapitan okrętu żeglującego po wodach całego świata w poszukiwaniu pięknej muzyki miałem zaszczyt poprowadzić 45 niezapomnianych ekspedycji…

Kurs pośród raf wyznaczały nam dwa kompasy. Pierwszy wskazywał przygodę. Drugi ukryte w muzyce uczucia.

Czas wypraw na połów muzycznych skarbów minął… Czy odnaleźliśmy najpiękniejszą muzykę świata? Oczywiście nie, ale jak to zazwyczaj podczas poszukiwania skarbów bywa, nie cel był najważniejszy, ale to, co nas po drodze spotkało…

Mongolski przyjaciel

Pozostali członkowie załogi:
Marta Trybura, Gosia Wicenciak,
Bartek Błęcki, Sebastian Kończak, Kuba Pałczyński, Jarek Sobierajewicz.

Studio tuż przed północą

Krzysztof Sagan pisał w swym wspomnieniu o Radiu FAN 100,2 na portalu Radio Polska:

„Audycje autorskie od poniedziałku do czwartku w godzinach 22:00-24:00 – w każdy dzień była inna, najciekawszą z nich była „Wyspa Skarbów” prowadzona przez Łukasza Wierzbickiego. Była to audycja, w której emitowane były mało znane, ale bardzo melodyjne nagrania. Żadnego z usłyszanych w tej audycji utworów nie usłyszałem dotychczas w jakiejkolwiek innej stacji radiowej w Polsce.”

Wśród artystów, którzy zagościli w eterze podczas Wyspy Skarbów wymienić trzeba grupę Cielo Y Tierra z Meksyku, Geoffreya Oryemę z Ugandy, braci Neville z Nowego Orleanu, Krosfyah, Patsy Geremy i całą resztę barwnego karaibskiego towarzystwa, Rene Dupere i jego Cirque Du Soleil, Robbiego Robertsona i jego indiańskie projekty, Johnny’ego Clegga z Afryki Południowej, Dougiego MacLeana ze Szkocji, Rubena Bladesa z Panamy, Yungchen Lhamo z Tybetu… nie sposób wymienić wszystkich. A gdy muzyczny korowód przedefilował już plażą, zbliżała się północ, tradycyjny czas pożegnań, morska bryza unosiła w dal tajemnicze dźwięki fortepianu…

W październiku 2000 roku Wyspa Skarbów opustoszała.

Dziś jest Wyspą Bezludną…

Keith Emerson (2009)

◊ ◊ ◊

CZEKAJĄC NA RYBĘ

Zawitaliśmy wczoraj do naszej ulubionej smażalni ryb. Czekając na porcję mintaja mimo woli wsłuchałem się w plastikowe dźwięki dobywające się z karczmianego radioodbiornika. Przyjrzałem się młodzieży skupionej wokół automatów do gry i nagle, gdzieś z tyłu głowy rozbrzmiała cudowna muzyka, której ci młodzi pewnie nigdy nie usłyszą. I przypomniałem sobie gorycz, którą czułem, gdy z radia FAN przepędzono redaktorów i ustawiono w studiu komputer.

Czy usłyszą piękny głos Yungchen Lhamo? Czy zatańczą do muzyki, przy której bawią się mieszkańcy Karaibów lub tej, która rozbrzmiewa na kręgu polarnym w wiosce świętego Mikołaja?… Najprawdopodobniej nie. Nie dlatego, że sobie tego nie życzą. Ktoś tak za nich zdecydował.

Gramy to, czego ludzie chcą słuchać – odpowie zadowolony z siebie kierownik anteny, po czym przepełniony wiarą w moc wskaźników i słupków wypełni znów eter muzycznym styropianem. Wiecie, w jaki sposób poznał wasz gust muzyczny? Przedstawił reprezentatywnej grupie wybór „próbek muzycznych”. Podoba się? Nie? Wyniki testów przetrawił komputer, wskazał, jak długa powinna być piosenka, czy lepiej, gdy śpiewa pan, czy pani… Ułożyć playlistę? Bardzo proszę! Na tym kleiku wyrośnie nowa generacja uśrednionych słuchaczy, za jakiś czas poddamy ją kolejnej analizie…

W oczekiwaniu na smażonego mintaja pojąłem, że to nie bezduszny komputer winien, a ludzie, którzy go programują. I znowu poczułem tamtą gorycz. I zrozumiałem, że gdy kiedyś dzieci spytają mnie o radio, wspomnę ze wstydem bezmyślne pokolenie, które sprawiło, że radio przestało być sztuką…

Łukasz Wierzbicki

30 kwietnia 2009 roku

Fortepian płonie

◊◊◊

KULTURA (2000-2010)

W latach 2000-2010 poświęcałem się zawodowo kulturze.
Zajmowałem się kreacją, produkcją i promocją niezliczonej ilości koncertów, spektakli, festiwali, warsztatów, wydawnictw muzycznych, eventów oraz innych zdarzeń i zjawisk tego typu. Fantastyczny czas, kapitalni ludzie, masa radości i wzruszeń.

Kabaret Olbrzymów i Jacek Hałas w WZ Mumio i Łowcy w OBORzE

Moya Brennan w Warszawie Och szczescie w OBORzE

OFDS 2010 Kayanis w Słupsku

Darek i Iza w Ławeczce ...z Mojsiukiem i Płanetą

Finał I OFPK przed koncertem

podczas sesji nagraniowych Synesthesis Festiwal Na Szagę 2008

Kasia Ziolkowska Na dachu WZ

Nowak w każdej szkole... Jihad Darwiche z Libanu w WZ

wypowiedź dla radia... Moya Brennan w Gdańsku

Nieustające pozdrowienia dla wszystkich przyjaciół z tamtych niezapomnianych dni!

◊ ◊ ◊

FELIETONY (2014-2015)

W 2014 roku miesięcznik Dziecko zaprosił mnie do podzielenia się wrażeniami z bycia „tatą”.
W odpowiedzi napisałem kilka felietonów.

DRZEWO, DOM, SYN
Mówią, że prawdziwy mężczyzna musi posadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna.
Piszę te słowa w domu otoczonym drzewami, po ogrodzie biega dwóch synów, wszystko więc wydaje się być w porządku. Ale czy na pewno o to chodzi? Porzekadło ma wszak z tysiąc lat, a czasy się zmieniają.
„Posadzić drzewo”? A dlaczego tylko jedno?! Drzewa przecież się przydają. Na takie drzewo można wleźć albo wyciągnąć się na trawie w jego cieniu. Można przytulić się do brzozowego pnia albo poczochrać o szorstką korę, jeśli ktoś lubi. Na drzewach rosną owoce. I kasztany, z których dzieci majstrują zabawne ludziki. Tak, drzewa są fajne i jedno drzewo to stanowczo za mało. Mężczyzna powinien posadzić tyle drzew, ile zdoła. Tak uważam.
„Zbudować dom”? A może kupić mieszkanie? Czy musi być koniecznie z garażem? Piętrowy? A może nie dom, a od razu zamek? To chyba Kazimierz Wielki, król Polski, wymurował najwięcej zamków. Czytałem kiedyś jego biografię. Autor dowodził, że ten znakomity władca potrzebował tylu zamków, albowiem w każdym z nich utrzymywał kochankę. Czy to prawda, nie wiem. Tak było czy inaczej, proponowałbym nie brać z króla przykładu. Przynajmniej nie w tym względzie. Niech to będzie tylko jeden dom. I nie musi być to wcale zamek.
„Spłodzić syna”? A dlaczego koniecznie syna? Znam facetów, którzy spłodzili córki. I co? Jak tu się nie cieszyć z dziewczynki? Nic nie stoi na przeszkodzie, by zabrać córkę na koncert rockowy albo wyścigi na żużlu. Zresztą radość z syna i radość z córki to dwie dokładnie te same radości. Wiem. Gdy dwa lata temu oczekiwaliśmy z żoną naszego drugiego dziecka, udaliśmy się z wizytą do pana doktora. Ten wpatrywał się długo w monitor, przesuwał, obracał na wszystkie strony, w końcu orzekł, że z prawdopodobieństwem bliskim 90% urodzi się dziewczynka. I tak trzy razy podczas kolejnych trzech wizyt. 90% to całkiem sporo, prawda? Dość, by oczekiwać dziewczynki. Ale pan doktor się pomylił. Żona urodziła chłopca. Czy takiej niespodziewanej nowinie towarzyszy zdziwienie? Oczywiście. Trwało jakieś dwie setne sekundy. Nie dłużej. A potem radość z syna zajęła miejsce radości z córki. Bo to jest dokładnie ta sama radość.
Czas na podsumowanie? Jak to jest z tym prawdziwym mężczyzną? Co powinien? Posadzić jak najwięcej drzew, zbudować jeden dom i cieszyć się gdy żona urodzi mu córkę… lub syna. Brzmi pięknie. Ale, jeszcze raz, czy na pewno o to chodzi?
Kiedyś może wystarczyło facetowi posadzić, zbudować i spłodzić. Dziś sprawy mają się inaczej. Posadzić drzewo to pestka. Prawdziwa robota zaczyna się później. Podlewam, nawożę, grabię liście, biorę sekator i przycinam. Suche gałęzie przydadzą się zimą. Wrzucę je do ognia, będzie cieplej w domu moim chłopakom. O tym też muszę pamiętać. Bo, bądźmy szczerzy, z domem i dziećmi jest dokładnie jak z tym drzewem. Prawdziwa robota zaczyna się później.
PO CO ICH ZE SOBĄ TARGACIE
„Pewnie, korzystajcie póki możecie! Pojawią się dzieci, skończy się podróżowanie” – usłyszeliśmy kiedyś z żoną po powrocie z kolejnej wyprawy na kraniec świata.
Minęło parę lat. Przepowiednia znajomych spełniła się. Ale tylko w połowie. Rzeczywiście pojawiły się dzieci, konkretnie dwóch chłopców. Jo cztery lata temu, Je przed niespełna dwu laty. A co z podróżowaniem? Trwa w najlepsze. Po prostu podróżujemy razem.
Jo miał siedem miesięcy, gdy zabraliśmy go do Namibii. Je poleciał z nami do Afryki, gdy miał  raptem pięć. Teraz, gdy wracamy z naszych wypraw, słyszę: „A po co ich ze sobą targacie, przecież i tak nie będą tego pamiętać”.
Prawda. Miałem trzy latka, gdy rodzice zabrali mnie do Krynicy Morskiej. Czy pamiętam coś z tamtych wakacji? Prawie nic. Ale… jeśli miałbym uczciwie powiedzieć co pamiętam na przykład ze swojej studniówki, okazałoby się, że… niewiele więcej, niż z Krynicy Morskiej. Wiem (ze zdjęć), że miałem czarny golf i zieloną marynarkę. A co jadłem, piłem, z kim i o czym rozmawiałem? Nie mam pojęcia. Jaki w takim razie sens organizować studniówki? „I tak nie będą tego pamiętać”, prawda?
Od studniówki trochę czasu minęło, zgoda, ale czasem mam problem by przypomnieć sobie film, na którym byłem w kinie przed rokiem. Gorzej! Bywa, że nie pamiętam, co jadłem na kolację dwa tygodnie temu! Czy to powód, by nie chadzać do kina i nie jadać kolacji? Nie, bo robimy to, co robimy nie tylko dla wspomnień.
Tiziano Terzani powiedział pięknie: “Nie jesteśmy jedynie tym, co zjemy, i powietrzem, które wdychamy. Jesteśmy bajkami usłyszanymi w dzieciństwie i emocjami, których dostarczyły nam obrazy”.
Gdy lecieliśmy z siedmiomiesięcznym Jo samolotem namibijskich linii lotniczych, pochyliła się nad nami czarnoskóra stewardesa rozczulona widokiem uroczego blondynka. Jo nigdy wcześniej nie widział czarnej twarzy. Co tu dużo mówić, rozryczał się na jej widok wniebogłosy. Zrobiło się nam głupio. Pani stewardesie chyba też. Gdy mijała nas po raz drugi Jo zrobił podkówkę, ale się nie rozpłakał. Przy trzecim i czwartym spotkaniu przyglądał się już nie ze strachem, a z zaciekawieniem. Czy będzie kiedyś pamiętał czarnoskórą stewardesę? Oczywiście nie. Ale nauczył się wtedy właśnie, w samolocie gdzieś nad Afryką, że ludzie mogą się różnić, choćby kolorem skóry.
Dzień za dniem robimy wspólnie z dziećmi mnóstwo rzeczy, których kiedyś nie będą pamiętać. Wędrujemy, kopiemy piłkę, budujemy zamki z piasku, jemy lody waniliowe z malinami, czytamy książki przed zaśnięciem, przytulamy się. No i czasami „targamy” je gdzieś w świat. Po co? Dla doświadczeń i dobrych emocji, które sprawiają, że jesteśmy jacy jesteśmy.  O nie chodzi. I o to, by przeżywać je razem.
KRÓL ZABAWEK
Jo i Je wykąpani wskakują do łóżek. Słodko zasypiają, w domu cisza i spokój. Idę do „pokoju zabawkowego” i… wpadam w konstrukcję z klocków. Zdarza się, że chłopcy zapominają o posprzątaniu. Nie wyciągam ich z łóżek, tylko siadam na dywanie i zaczynam wrzucać do koszy pluszowe, gumowe, plastikowe… Coś do mnie zagada, coś zaśpiewa piosenkę lub błyśnie światełkiem. Znów ich przybyło.
Przypomina mi się moje dzieciństwo. Miałem kosz z zabawkami, owszem. Jeden. Jo i Je mają pięć… Ale czy to znaczy, że mają pięć razy radośniejsze dzieciństwo?
Mądrzy ludzie, którzy od wielu lat badają zależność dobrobytu i poczucia szczęścia, mówią, że ludzie w krajach bogatych nie zawsze są szczęśliwsi od tych z krajów biedniejszych. Że bywa wręcz odwrotnie. Pomiary tak zwanego szczęścia narodowego brutto pokazały, że na przykład mieszkańcy Kostaryki są bardziej szczęśliwi od Niemców, Belgów czy Amerykanów.
Podobno najszczęśliwszymi ludźmi na świecie są górale z Bhutanu. Na ulicach Timphu, skrytej pośród gór stolicy tego królestwa, próżno by szukać sklepów z zabawkami. A jednak dzieci biegają po Bhutanie radosne i uśmiechnięte. Dlaczego?
Czterdzieści lat temu profesor Richard Easterlin z Kaliforni zauważył, że po przekroczeniu pewnego progu bogactwa jego dalszy wzrost nie zwiększa dobrego samopoczucia. W ekonomii nazywają to paradoksem Easterlina.
Czy paradoks Easterlina występuje w naszym „pokoju zabawkowym”? Tak! Mamy pięć koszy pełnych autek, kloców, bączków, dinozaurów… Czy gdyby wstawić szósty kosz, chłopcy by się z niego ucieszyli? Na pewno mniej, niż cieszyli się z pierwszego czy drugiego.
Kiedy ruszamy w podróż, kosze z zabawkami zostawiamy w domu. Bawimy się – niczym te dzieci z Bhutanu – tym, co wpadnie nam w ręce: piaskiem, kamykami, piórkiem, kartką papieru, łyżką, własnymi dłońmi.
Je w ogóle nie potrzebuje zabawek. Nawet w domu najchętniej sięga po to, co wcale do zabawy nie służy. Chwyci pogrzebacz, wygarnie ziemię z doniczki, rozsypie karmę dla kota, stanie przed szafą i cieszy się tym, jak fajnie drzwi trzaskają.
Czasem wsuwamy kosze głęboko na półkę i razem poszukujemy najlepszej zabawki świata. Czarodziejska różdżka, miecz, mikrofon i wędka w jednym. Może udawać konika, rysować po piasku, strącać owoce z drzewa. Można – niczym Kubuś Puchatek – upuścić go do rzeki i przyglądać się, jak płynie z nurtem, a można nim rzucić i piesek przyniesie, jeśli ma się pieska.
Od niepamiętnych czasów, jak świat długi i szeroki, królem zabawek był i zawsze będzie… patyk.
CHWYCIŁEM GO ZA GRZYWKĘ
Odkąd zostałem tatą cały czas czekam. Właściwie jeszcze nim zostałem tatą, już czekałem. Czekałem… aż Jo się urodzi i zostanę tatą. A gdy już się Jo i Je urodzili, znów czekałem. Na pierwszy uśmiech, na pierwszy ząbek, i tak dalej, i tak dalej…
Pamiętam, jak obserwowaliśmy, wyczekiwaliśmy, kiedy obrócą się na brzuszek, przesuną na kocyku o kilka centymetrów, prześpią noc bez pobudki. Aktualnie czekamy aż Je nauczy się, czym jest nocnik. Radośnie dopisujemy nowe słowa do jego słownika. Podsuwamy Jo dwukołowy rowerek i czekamy, kiedy zacznie na nim śmigać. Pewnie ani się obejrzymy, a wyrosną nam młodzieńcy, poproszą o kluczyki do samochodu i pojadą z kwiatami do swoich dziewczyn. Pewnie tak. Ale dziś jeszcze… śpią w swych łóżeczkach. I rosną. Jutro obudzą się o jeden dzień starsi, o ćwierć milimetra więksi…
Trzy lata temu gościliśmy w domu Gerrita i Surete, małżeństwa afrykanerów, w środkowej Namibii. Ośmiomiesięczny Jo bawił się z Bąblem, miejscowym szczeniakiem na dywanie. Wtedy stało się to, na co właśnie czekaliśmy. Jo po raz pierwszy samodzielnie usiadł. Gerrit, nasz gospodarz, uśmiechnął się, a ja spytałem go, czy pamięta jak jego córki zaczęły siadać.
– Nie – pokręcił głową. – Nie pamiętam takich rzeczy, jak pierwsze słowa, czy pierwsze kroki moich dzieci, bo to był czas, kiedy prawie nigdy nie było mnie w domu.
Gerrit pracował wcześniej w wielkim koncercie w RPA. Pracował tak ciężko, że przegapił całe to obracanie się na brzuszek, pierwsze ząbki i uśmiechy. By ratować wspólny czas podjęli z żoną trudną decyzję. Przenieśli się na kompletne odludzie, by spróbować nowego, na pewno nie łatwiejszego, ale lepszego życia. Lepszego, bo z czasem, który można spędzać wspólnie.
Kibicuję ludziom, którzy podejmują wyzwania w trosce o czas Poczułem wtedy szacunek dla jego decyzji. Zawsze kibicuję decyzjom, które wynikają z troski o wspólnie spędzany czas, idą za głosem potrzeb swojej rodziny.
Nie o to chodzi, by rzucać pracę, uciekać przed galopującym światem, ale by szanować wspólnie spędzany czas, by to na co czekamy, na co ciężko pracujemy… nas nie ominęło.
W mitologii greckiej pojawia się postać o imieniu Kajros. To bożek czasu. Jest trochę zaniedbanym bogiem, często pomijanym. Nie uczą o nim w szkole, a szkoda. Osobiście bardzo go lubię.
Kajros włada czasem, ale nie tym, który płynie jak rzeka, lecz tą chwilą krótką, w której wszystko się dzieje. Ma skrzydła niczym anioł i długą grzywkę opadającą na czoło, ale z tyłu głowy jest łysy jak kolano. Gdy spotkasz Kajrosa, masz moment, by wykorzystać okazję, chwycić za czuprynę i go zatrzymać. Chwila minie. Kajros pogna dalej. Wtedy będzie za późno, nie będziesz miał za co złapać.
Niektórzy w ogóle go nie zauważają. Ja przeciwnie. Mam wrażenie, że krąży wokół nieustannie. Jestem pewien, że był przed trzema laty w domu Gerrita i Surete w Namibii, gdy Jo bawił się na dywanie z Bąblemm. Ujrzał, jak maluch siada, rozdziawił usta w zdumieniu i na moment zamarł w bezruchu. Nie zastanawiałem się długo. Chwyciłem go mocno za grzywkę.
NIE BIEGNIEJ, BO SIĘ PRZEWRÓCISZ
Je pędzi przez salon. Na złamanie karku. Jakby się paliło. Oczyma wyobraźni widzę, co może się wydarzyć. „Nie biegnij, bo się przewrócisz”, chcę wołać… ale gryzę się w język.
To naturalne, że chciałbym ustrzec Jo i Je przed wszelkimi upadkami. Żeby nie pozdzierali kolan, nie powybijali sobie zębów, nie udławili się połkniętym klockiem. Nawet wieczorem, gdy śpią, nasłuchuję. Ledwie któryś stęknie, biegnę sprawdzić, czy nic się nie stało. To silniejsze ode mnie.
A jednocześnie cały czas walczę sam z sobą. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Biegałem po osiedlu z kluczem na szyi, zaglądałem do studni, właziłem na drzewa… i czułem się najszczęśliwszy, gdy nikt mi tego nie zabraniał. Rzucałem scyzorykiem, grałem w kapsle na jezdni, jeździłem rowerem bez kasku na głowie, lizałem oderwane od rynny lodowe sople. Wisiałem na trzepaku głową w dół, niczym nietoperz. Wyczynialiśmy z kolegami rzeczy, które dziś trudno sobie wyobrazić…
Czasy się zmieniły, ale czy naprawdę aż tak? Czy nie przesadzamy czasem z naszą  troską, niechęcią do ryzyka? Czy nie nadto obawiamy się tego, co „mogłoby się zdarzyć”?
Gever Tulley, autor książki „Pięćdziesiąt niebezpiecznych rzeczy (na które powinieneś pozwolić swojemu dziecku)”  namawia, byśmy zdejmowali rodzicielski klosz z naszych maluchów. Dajmy dziecku scyzoryk, nauczmy je niecić ogień, pozwólmy rozkręcić urządzenie, tłumaczy. Dzieci poznają w ten sposób świat. Uczą się z nim obchodzić. Stają się pewniejsze siebie, zaradniejsze i bardziej pomysłowe.
Mamy w domu kominek. Ogień płonie, iskry trzaskają, żadnych szyb czy barierek. Goście często dziwią się, że Jo i Je nigdy nie wpadli w płomienie, że się nie poparzyli. No jakoś nie. Podchodzą oczywiście. Obserwujemy ich, ostrzegamy, tłumaczymy. Uczą się, czym jest ogień, że można się do niego zbliżyć… ale nie za bardzo. Bo gorący i niebezpieczny.
Jo zakłada czasem papierową czapę kucharza. Wdrapuje się na stołek, chwyta nóż i pomaga w kuchni. Bardzo lubi kroić warzywa. Nigdy się nie skaleczył. Wystarczy nauczyć się kilku prostych zasad i można bezpiecznie przyrządzać sałatkę!
A Je znów biega po domu. Nie zatrzymuję go.
Czasem upadnie. Mówi wtedy (jakby sam do siebie) „bam” i natychmiast wstaje.
Zdarza się, że przewrotka jest poważniejsza. Je w płacz. Odruchowo podnoszę synka, sprawdzam, czy mocno się poobijał, chcę tulić… a on złości się, jakby mówił „tato, daj mi spokój”. Płacze nie dlatego, że stłukł sobie łokieć, ale że mu się nie udało. Kotek, którego gonił, uciekł. Nie dobiegł tam, gdzie planował. Wyrywa mi się i biegnie dalej.
TATA, CHODŹ!
Wreszcie! Je mówi „tata”. Co za radość! Czas najwyższy! Mówił już „mama”, potrafił nazwać różne zwierzątka i wołał „brum brum” na widok auta. Wymawiał takie wyrazy, jak „bizon” i „bęben”. A „tata” jakoś wciąż nie. Wreszcie jest! Dziecięcy głosik woła „tata”. Jest tylko jedno maleńkie „ale”. Je nauczył się też słowa „chodź”.  I bardzo lubi łączyć te dwa wyrazy.
Staję przed lustrem w łazience. Zaczynam się golić… wtem klamka kołacze, klekocze… łomocze coraz głośniej, niczym w hollywoodzkim horrorze. Drzwi otwierają się. Chwila ciszy… po czym rozlega się „tata, chodź”.
Czajnik syczy wesoło, zaparzam herbatę. Nagle ktoś szarpie mnie za nogawkę. „Tata, chodź”, woła Je.
Siadam przy komputerze, chcę sprawdzić pocztę (albo napisać felieton). „Tata, chodź”, słyszę. Gaszę ekran i idę… gdzie mam iść. Z jednym policzkiem ogolonym. Popijając letnią herbatę.
Czy to normalne? Kolega, który też ma dwóch synów, zwierza mi się: „Łukasz, kiedyś lubiłem pograć wieczorem na gitarze. Teraz ani czasu, ani sił. A jak już siądę i wezmę gitarę do ręki, zaraz podlatuje młody, szarpie za struny.”
Szarpie za struny… a potem woła „tata, chodź”, myślę sobie.  Czyli sprawy mają się wszędzie mniej więcej tak samo…
I w tym miejscu mogłoby się zacząć to utyskiwanie, które słyszę czasem z ust rodziców (nic się nie da zrobić, pięciu minut dla siebie, te dzieci to energetyczne wampiry). Ale nie. Narzekania nie będzie. Bo, wierzcie lub nie, ja już się nie mogę doczekać tego „tata, chodź”, które usłyszę jutro o poranku.
W tradycyjnych kulturach starsi wprowadzają młodszych w życie. Dzielą się doświadczeniami. Opowiadają o swoich decyzjach. Oswajają ze światem. To ojciec jest pierwszym i najważniejszym nauczycielem syna. Tak zawsze było.
Dziś sprawa nie jest taka prosta. Dorośli zazwyczaj nie dzielą już swojej pracy z dziećmi. Co więcej, tatuś wraca późno z pracy, być może zbyt zmęczony, by wziąć syna za rękę i pójść tam, gdzie malec chce go zaprowadzić. Być może malec jest już w łóżku. Być może tatuś będzie już w drodze do pracy, gdy malec siądzie rano nad miską płatków z mlekiem.
Robert Bly napisał: „Męskości nie uzyskuje się automatycznie; nie stajemy się mężczyzną dlatego, że jemy płatki owsiane.”
Bardzo lubię to zdanie. Płatki owsiane są dzieciom potrzebne, ale oprócz nich potrzebny jest też tata. Je wie o tym i woła „tata, chodź”.
„Tato, co ty tam właściwie robisz cały dzień w swojej pracy? Chodź! Zróbmy coś razem.” – mówi w ten sposób. – „Pokaż mi jak puścić autko, żeby pojechało po podłodze. Zbuduj wieżę z klocków, a ja ją rozwalę. Poczytaj mi książkę o krówkach i konikach. Naucz mnie kopać piłkę. Odkręcać śrubki. Naucz tego wszystkiego, co ty potrafisz…”
„Tata” i „chodź”. Tylko dwa słowa, ale dla nas znaczą bardzo wiele.

Drzewo, dom, syn

 
Mówią, że prawdziwy mężczyzna musi posadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić syna.
Piszę te słowa w domu otoczonym drzewami, po ogrodzie biega dwóch synów, wszystko więc wydaje się być w porządku. Ale czy na pewno o to chodzi? Porzekadło ma wszak z tysiąc lat, a czasy się zmieniają.
„Posadzić drzewo”? A dlaczego tylko jedno?! Drzewa przecież się przydają. Na takie drzewo można wleźć albo wyciągnąć się na trawie w jego cieniu. Można przytulić się do brzozowego pnia albo poczochrać o szorstką korę, jeśli ktoś lubi. Na drzewach rosną owoce. I kasztany, z których dzieci majstrują zabawne ludziki. Tak, drzewa są fajne i jedno drzewo to stanowczo za mało. Mężczyzna powinien posadzić tyle drzew, ile zdoła. Tak uważam.
„Zbudować dom”? A może kupić mieszkanie? Czy musi być koniecznie z garażem? Piętrowy? A może nie dom, a od razu zamek? To chyba Kazimierz Wielki, król Polski, wymurował najwięcej zamków. Czytałem kiedyś jego biografię. Autor dowodził, że ten znakomity władca potrzebował tylu zamków, albowiem w każdym z nich utrzymywał kochankę. Czy to prawda, nie wiem. Tak było czy inaczej, proponowałbym nie brać z króla przykładu. Przynajmniej nie w tym względzie. Niech to będzie tylko jeden dom. I nie musi być to wcale zamek.
„Spłodzić syna”? A dlaczego koniecznie syna? Znam facetów, którzy spłodzili córki. I co? Jak tu się nie cieszyć z dziewczynki? Nic nie stoi na przeszkodzie, by zabrać córkę na koncert rockowy albo wyścigi na żużlu. Zresztą radość z syna i radość z córki to dwie dokładnie te same radości. Wiem. Gdy dwa lata temu oczekiwaliśmy z żoną naszego drugiego dziecka, udaliśmy się z wizytą do pana doktora. Ten wpatrywał się długo w monitor, przesuwał, obracał na wszystkie strony, w końcu orzekł, że z prawdopodobieństwem bliskim 90% urodzi się dziewczynka. I tak trzy razy podczas kolejnych trzech wizyt. 90% to całkiem sporo, prawda? Dość, by oczekiwać dziewczynki. Ale pan doktor się pomylił. Żona urodziła chłopca. Czy takiej niespodziewanej nowinie towarzyszy zdziwienie? Oczywiście. Trwało jakieś dwie setne sekundy. Nie dłużej. A potem radość z syna zajęła miejsce radości z córki. Bo to jest dokładnie ta sama radość.
Czas na podsumowanie? Jak to jest z tym prawdziwym mężczyzną? Co powinien? Posadzić jak najwięcej drzew, zbudować jeden dom i cieszyć się gdy żona urodzi mu córkę… lub syna. Brzmi pięknie. Ale, jeszcze raz, czy na pewno o to chodzi?
Kiedyś może wystarczyło facetowi posadzić, zbudować i spłodzić. Dziś sprawy mają się inaczej. Posadzić drzewo to pestka. Prawdziwa robota zaczyna się później. Podlewam, nawożę, grabię liście, biorę sekator i przycinam. Suche gałęzie przydadzą się zimą. Wrzucę je do ognia, będzie cieplej w domu moim chłopakom. O tym też muszę pamiętać. Bo, bądźmy szczerzy, z domem i dziećmi jest dokładnie jak z tym drzewem. Prawdziwa robota zaczyna się później.
◊ ◊ ◊
Felieton - Dziecko XI 2014
„Pewnie, korzystajcie póki możecie! Pojawią się dzieci, skończy się podróżowanie” – usłyszeliśmy kiedyś z żoną po powrocie z kolejnej wyprawy na kraniec świata.
Minęło parę lat. Przepowiednia znajomych spełniła się. Ale tylko w połowie. Rzeczywiście pojawiły się dzieci, konkretnie dwóch chłopców. Jo cztery lata temu, Je przed niespełna dwu laty. A co z podróżowaniem? Trwa w najlepsze. Po prostu podróżujemy razem.
Jo miał siedem miesięcy, gdy zabraliśmy go do Namibii. Je poleciał z nami do Afryki, gdy miał  raptem pięć. Teraz, gdy wracamy z naszych wypraw, słyszę: „A po co ich ze sobą targacie, przecież i tak nie będą tego pamiętać”.
Prawda. Miałem trzy latka, gdy rodzice zabrali mnie do Krynicy Morskiej. Czy pamiętam coś z tamtych wakacji? Prawie nic. Ale… jeśli miałbym uczciwie powiedzieć co pamiętam na przykład ze swojej studniówki, okazałoby się, że… niewiele więcej, niż z Krynicy Morskiej. Wiem (ze zdjęć), że miałem czarny golf i zieloną marynarkę. A co jadłem, piłem, z kim i o czym rozmawiałem? Nie mam pojęcia. Jaki w takim razie sens organizować studniówki? „I tak nie będą tego pamiętać”, prawda?
Od studniówki trochę czasu minęło, zgoda, ale czasem mam problem by przypomnieć sobie film, na którym byłem w kinie przed rokiem. Gorzej! Bywa, że nie pamiętam, co jadłem na kolację dwa tygodnie temu! Czy to powód, by nie chadzać do kina i nie jadać kolacji? Nie, bo robimy to, co robimy nie tylko dla wspomnień.
Tiziano Terzani powiedział pięknie: “Nie jesteśmy jedynie tym, co zjemy, i powietrzem, które wdychamy. Jesteśmy bajkami usłyszanymi w dzieciństwie i emocjami, których dostarczyły nam obrazy”.
Gdy lecieliśmy z siedmiomiesięcznym Jo samolotem namibijskich linii lotniczych, pochyliła się nad nami czarnoskóra stewardesa rozczulona widokiem uroczego blondynka. Jo nigdy wcześniej nie widział czarnej twarzy. Co tu dużo mówić, rozryczał się na jej widok wniebogłosy. Zrobiło się nam głupio. Pani stewardesie chyba też. Gdy mijała nas po raz drugi Jo zrobił podkówkę, ale się nie rozpłakał. Przy trzecim i czwartym spotkaniu przyglądał się już nie ze strachem, a z zaciekawieniem. Czy będzie kiedyś pamiętał czarnoskórą stewardesę? Oczywiście nie. Ale nauczył się wtedy właśnie, w samolocie gdzieś nad Afryką, że ludzie mogą się różnić, choćby kolorem skóry.
Dzień za dniem robimy wspólnie z dziećmi mnóstwo rzeczy, których kiedyś nie będą pamiętać. Wędrujemy, kopiemy piłkę, budujemy zamki z piasku, jemy lody waniliowe z malinami, czytamy książki przed zaśnięciem, przytulamy się. No i czasami „targamy” je gdzieś w świat. Po co? Dla doświadczeń i dobrych emocji, które sprawiają, że jesteśmy jacy jesteśmy.  O nie chodzi. I o to, by przeżywać je razem.
◊ ◊ ◊
Król zabawek - Dziecko XII 2014
 
Jo i Je wykąpani wskakują do łóżek. Słodko zasypiają, w domu cisza i spokój. Idę do „pokoju zabawkowego” i… wpadam w konstrukcję z klocków. Zdarza się, że chłopcy zapominają o posprzątaniu. Nie wyciągam ich z łóżek, tylko siadam na dywanie i zaczynam wrzucać do koszy pluszowe, gumowe, plastikowe… Coś do mnie zagada, coś zaśpiewa piosenkę lub błyśnie światełkiem. Znów ich przybyło.
Przypomina mi się moje dzieciństwo. Miałem kosz z zabawkami, owszem. Jeden. Jo i Je mają pięć… Ale czy to znaczy, że mają pięć razy radośniejsze dzieciństwo?
Mądrzy ludzie, którzy od wielu lat badają zależność dobrobytu i poczucia szczęścia, mówią, że ludzie w krajach bogatych nie zawsze są szczęśliwsi od tych z krajów biedniejszych. Że bywa wręcz odwrotnie. Pomiary tak zwanego szczęścia narodowego brutto pokazały, że na przykład mieszkańcy Kostaryki są bardziej szczęśliwi od Niemców, Belgów czy Amerykanów.
Podobno najszczęśliwszymi ludźmi na świecie są górale z Bhutanu. Na ulicach Timphu, skrytej pośród gór stolicy tego królestwa, próżno by szukać sklepów z zabawkami. A jednak dzieci biegają po Bhutanie radosne i uśmiechnięte. Dlaczego?
Czterdzieści lat temu profesor Richard Easterlin z Kaliforni zauważył, że po przekroczeniu pewnego progu bogactwa jego dalszy wzrost nie zwiększa dobrego samopoczucia. W ekonomii nazywają to paradoksem Easterlina.
Czy paradoks Easterlina występuje w naszym „pokoju zabawkowym”? Tak! Mamy pięć koszy pełnych autek, kloców, bączków, dinozaurów… Czy gdyby wstawić szósty kosz, chłopcy by się z niego ucieszyli? Na pewno mniej, niż cieszyli się z pierwszego czy drugiego.
Kiedy ruszamy w podróż, kosze z zabawkami zostawiamy w domu. Bawimy się – niczym te dzieci z Bhutanu – tym, co wpadnie nam w ręce: piaskiem, kamykami, piórkiem, kartką papieru, łyżką, własnymi dłońmi.
Je w ogóle nie potrzebuje zabawek. Nawet w domu najchętniej sięga po to, co wcale do zabawy nie służy. Chwyci pogrzebacz, wygarnie ziemię z doniczki, rozsypie karmę dla kota, stanie przed szafą i cieszy się tym, jak fajnie drzwi trzaskają.
Czasem wsuwamy kosze głęboko na półkę i razem poszukujemy najlepszej zabawki świata. Czarodziejska różdżka, miecz, mikrofon i wędka w jednym. Może udawać konika, rysować po piasku, strącać owoce z drzewa. Można – niczym Kubuś Puchatek – upuścić go do rzeki i przyglądać się, jak płynie z nurtem, a można nim rzucić i piesek przyniesie, jeśli ma się pieska.
Od niepamiętnych czasów, jak świat długi i szeroki, królem zabawek był i zawsze będzie… patyk.
◊ ◊ ◊
Chwyciłem go za grzywkę (styczeń 2015)
 
Odkąd zostałem tatą cały czas czekam. Właściwie jeszcze nim zostałem tatą, już czekałem. Czekałem… aż Jo się urodzi i zostanę tatą. A gdy już się Jo i Je urodzili, znów czekałem. Na pierwszy uśmiech, na pierwszy ząbek, i tak dalej, i tak dalej…
Pamiętam, jak obserwowaliśmy, wyczekiwaliśmy, kiedy obrócą się na brzuszek, przesuną na kocyku o kilka centymetrów, prześpią noc bez pobudki. Aktualnie czekamy aż Je nauczy się, czym jest nocnik. Radośnie dopisujemy nowe słowa do jego słownika. Podsuwamy Jo dwukołowy rowerek i czekamy, kiedy zacznie na nim śmigać. Pewnie ani się obejrzymy, a wyrosną nam młodzieńcy, poproszą o kluczyki do samochodu i pojadą z kwiatami do swoich dziewczyn. Pewnie tak. Ale dziś jeszcze… śpią w swych łóżeczkach. I rosną. Jutro obudzą się o jeden dzień starsi, o ćwierć milimetra więksi…
Trzy lata temu gościliśmy w domu Gerrita i Surete, małżeństwa afrykanerów, w środkowej Namibii. Ośmiomiesięczny Jo bawił się z Bąblem, miejscowym szczeniakiem na dywanie. Wtedy stało się to, na co właśnie czekaliśmy. Jo po raz pierwszy samodzielnie usiadł. Gerrit, nasz gospodarz, uśmiechnął się, a ja spytałem go, czy pamięta jak jego córki zaczęły siadać.
– Nie – pokręcił głową. – Nie pamiętam takich rzeczy, jak pierwsze słowa, czy pierwsze kroki moich dzieci, bo to był czas, kiedy prawie nigdy nie było mnie w domu.
Gerrit pracował wcześniej w wielkim koncercie w RPA. Pracował tak ciężko, że przegapił całe to obracanie się na brzuszek, pierwsze ząbki i uśmiechy. By ratować wspólny czas podjęli z żoną trudną decyzję. Przenieśli się na kompletne odludzie, by spróbować nowego, na pewno nie łatwiejszego, ale lepszego życia. Lepszego, bo z czasem, który można spędzać wspólnie.
Kibicuję ludziom, którzy podejmują wyzwania w trosce o czas Poczułem wtedy szacunek dla jego decyzji. Zawsze kibicuję decyzjom, które wynikają z troski o wspólnie spędzany czas, idą za głosem potrzeb swojej rodziny.
Nie o to chodzi, by rzucać pracę, uciekać przed galopującym światem, ale by szanować wspólnie spędzany czas, by to na co czekamy, na co ciężko pracujemy… nas nie ominęło.
W mitologii greckiej pojawia się postać o imieniu Kajros. To bożek czasu. Jest trochę zaniedbanym bogiem, często pomijanym. Nie uczą o nim w szkole, a szkoda. Osobiście bardzo go lubię.
Kajros włada czasem, ale nie tym, który płynie jak rzeka, lecz tą chwilą krótką, w której wszystko się dzieje. Ma skrzydła niczym anioł i długą grzywkę opadającą na czoło, ale z tyłu głowy jest łysy jak kolano. Gdy spotkasz Kajrosa, masz moment, by wykorzystać okazję, chwycić za czuprynę i go zatrzymać. Chwila minie. Kajros pogna dalej. Wtedy będzie za późno, nie będziesz miał za co złapać.
Niektórzy w ogóle go nie zauważają. Ja przeciwnie. Mam wrażenie, że krąży wokół nieustannie. Jestem pewien, że był przed trzema laty w domu Gerrita i Surete w Namibii, gdy Jo bawił się na dywanie z Bąblemm. Ujrzał, jak maluch siada, rozdziawił usta w zdumieniu i na moment zamarł w bezruchu. Nie zastanawiałem się długo. Chwyciłem go mocno za grzywkę.
◊ ◊ ◊
Nie biegnij, bo się przewrócisz (luty 2015)
Je pędzi przez salon. Na złamanie karku. Jakby się paliło. Oczyma wyobraźni widzę, co może się wydarzyć. „Nie biegnij, bo się przewrócisz”, chcę wołać… ale gryzę się w język.
To naturalne, że chciałbym ustrzec Jo i Je przed wszelkimi upadkami. Żeby nie pozdzierali kolan, nie powybijali sobie zębów, nie udławili się połkniętym klockiem. Nawet wieczorem, gdy śpią, nasłuchuję. Ledwie któryś stęknie, biegnę sprawdzić, czy nic się nie stało. To silniejsze ode mnie.
A jednocześnie cały czas walczę sam z sobą. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Biegałem po osiedlu z kluczem na szyi, zaglądałem do studni, właziłem na drzewa… i czułem się najszczęśliwszy, gdy nikt mi tego nie zabraniał. Rzucałem scyzorykiem, grałem w kapsle na jezdni, jeździłem rowerem bez kasku na głowie, lizałem oderwane od rynny lodowe sople. Wisiałem na trzepaku głową w dół, niczym nietoperz. Wyczynialiśmy z kolegami rzeczy, które dziś trudno sobie wyobrazić…
Czasy się zmieniły, ale czy naprawdę aż tak? Czy nie przesadzamy czasem z naszą  troską, niechęcią do ryzyka? Czy nie nadto obawiamy się tego, co „mogłoby się zdarzyć”?
Gever Tulley, autor książki „Pięćdziesiąt niebezpiecznych rzeczy (na które powinieneś pozwolić swojemu dziecku)”  namawia, byśmy zdejmowali rodzicielski klosz z naszych maluchów. Dajmy dziecku scyzoryk, nauczmy je niecić ogień, pozwólmy rozkręcić urządzenie, tłumaczy. Dzieci poznają w ten sposób świat. Uczą się z nim obchodzić. Stają się pewniejsze siebie, zaradniejsze i bardziej pomysłowe.
Mamy w domu kominek. Ogień płonie, iskry trzaskają, żadnych szyb czy barierek. Goście często dziwią się, że Jo i Je nigdy nie wpadli w płomienie, że się nie poparzyli. No jakoś nie. Podchodzą oczywiście. Obserwujemy ich, ostrzegamy, tłumaczymy. Uczą się, czym jest ogień, że można się do niego zbliżyć… ale nie za bardzo. Bo gorący i niebezpieczny.
Jo zakłada czasem papierową czapę kucharza. Wdrapuje się na stołek, chwyta nóż i pomaga w kuchni. Bardzo lubi kroić warzywa. Nigdy się nie skaleczył. Wystarczy nauczyć się kilku prostych zasad i można bezpiecznie przyrządzać sałatkę!
A Je znów biega po domu. Nie zatrzymuję go.
Czasem upadnie. Mówi wtedy (jakby sam do siebie) „bam” i natychmiast wstaje.
Zdarza się, że przewrotka jest poważniejsza. Je w płacz. Odruchowo podnoszę synka, sprawdzam, czy mocno się poobijał, chcę tulić… a on złości się, jakby mówił „tato, daj mi spokój”. Płacze nie dlatego, że stłukł sobie łokieć, ale że mu się nie udało. Kotek, którego gonił, uciekł. Nie dobiegł tam, gdzie planował. Wyrywa mi się i biegnie dalej.
◊ ◊ ◊
Tata, chodź!
 
Wreszcie! Je mówi „tata”. Co za radość! Czas najwyższy! Mówił już „mama”, potrafił nazwać różne zwierzątka i wołał „brum brum” na widok auta. Wymawiał takie wyrazy, jak „bizon” i „bęben”. A „tata” jakoś wciąż nie. Wreszcie jest! Dziecięcy głosik woła „tata”. Jest tylko jedno maleńkie „ale”. Je nauczył się też słowa „chodź”.  I bardzo lubi łączyć te dwa wyrazy.
Staję przed lustrem w łazience. Zaczynam się golić… wtem klamka kołacze, klekocze… łomocze coraz głośniej, niczym w hollywoodzkim horrorze. Drzwi otwierają się. Chwila ciszy… po czym rozlega się „tata, chodź”.
Czajnik syczy wesoło, zaparzam herbatę. Nagle ktoś szarpie mnie za nogawkę. „Tata, chodź”, woła Je.
Siadam przy komputerze, chcę sprawdzić pocztę (albo napisać felieton). „Tata, chodź”, słyszę. Gaszę ekran i idę… gdzie mam iść. Z jednym policzkiem ogolonym. Popijając letnią herbatę.
Czy to normalne? Kolega, który też ma dwóch synów, zwierza mi się: „Łukasz, kiedyś lubiłem pograć wieczorem na gitarze. Teraz ani czasu, ani sił. A jak już siądę i wezmę gitarę do ręki, zaraz podlatuje młody, szarpie za struny.”
Szarpie za struny… a potem woła „tata, chodź”, myślę sobie.  Czyli sprawy mają się wszędzie mniej więcej tak samo…
I w tym miejscu mogłoby się zacząć to utyskiwanie, które słyszę czasem z ust rodziców (nic się nie da zrobić, pięciu minut dla siebie, te dzieci to energetyczne wampiry). Ale nie. Narzekania nie będzie. Bo, wierzcie lub nie, ja już się nie mogę doczekać tego „tata, chodź”, które usłyszę jutro o poranku.
W tradycyjnych kulturach starsi wprowadzają młodszych w życie. Dzielą się doświadczeniami. Opowiadają o swoich decyzjach. Oswajają ze światem. To ojciec jest pierwszym i najważniejszym nauczycielem syna. Tak zawsze było.
Dziś sprawa nie jest taka prosta. Dorośli zazwyczaj nie dzielą już swojej pracy z dziećmi. Co więcej, tatuś wraca późno z pracy, być może zbyt zmęczony, by wziąć syna za rękę i pójść tam, gdzie malec chce go zaprowadzić. Być może malec jest już w łóżku. Być może tatuś będzie już w drodze do pracy, gdy malec siądzie rano nad miską płatków z mlekiem.
Robert Bly napisał: „Męskości nie uzyskuje się automatycznie; nie stajemy się mężczyzną dlatego, że jemy płatki owsiane.”
Bardzo lubię to zdanie. Płatki owsiane są dzieciom potrzebne, ale oprócz nich potrzebny jest też tata. Je wie o tym i woła „tata, chodź”.
„Tato, co ty tam właściwie robisz cały dzień w swojej pracy? Chodź! Zróbmy coś razem.” – mówi w ten sposób. – „Pokaż mi jak puścić autko, żeby pojechało po podłodze. Zbuduj wieżę z klocków, a ja ją rozwalę. Poczytaj mi książkę o krówkach i konikach. Naucz mnie kopać piłkę. Odkręcać śrubki. Naucz tego wszystkiego, co ty potrafisz…”
„Tata” i „chodź”. Tylko dwa słowa, ale dla nas znaczą bardzo wiele.
◊ ◊ ◊